Prawdziwym celem koncentracji nie jest zrobić więcej

P

Z asiadłem sobie do pisania tego tekstu. O koncentracji. Zamyśliłem się, jakie powinno być pierwsze zdanie. I tak sobie chwilę myślałem, aż odruchowo kliknąłem w zakładkę Facebooka – pech chciał, że akurat zapomniałem ją wyłączyć. Moja uwaga została więc wessana przez czarną dziurę. Wpadła do rwącego potoku zbiorowej (nie)świadomości i popłynęła razem z nim.

Szybko wygramoliłem się z powrotem na brzeg, ale to jest tak, że jak do tego potoku wejdziesz, to wychodzisz z niego mokry. Mija trochę czasu, zanim wyschniesz, a więc – nim twoja uwaga znów nabierze ostrości.

Wysychasz i co dzieje się później? Wpadasz znowu. Nazwij to jak chcesz: Face, Insta, TikTok albo po prostu media społecznościowe; Wikipedia, nadzy ludzie, prognoza pogody, strony z newsami albo po prostu internet.

Tak oto mija sobie dzień lawirowania między koncentracją a dekoncentracją. Między ukierunkowanym działaniem a bezładnym snuciem się po internecie i odmętach fantazji o jutrzejszym obiedzie.

Mijają całe lata niepełnego zanurzenia się w tym, co powinno się robić – lub całkowitego unikania tego. Lata uwagi rozerwanej na małe kawałki, rozrzucanej niedbale to tu, to tam.

Na koniec dnia jakaś praca została wykonana. Ale poczucie, że „to jednak nie było to”, skacze po głowie niczym kauczukowa piłka, nie pozwalając spać spokojnym snem.

„Stać mnie na więcej”, myśli mózg. I pewnie ma racje.

Tęskni za czymś głębszym. Nie bez powodu.

Pełne zanurzenie

Przeciwieństwem ciągłego odrywania uwagi, by zanurkować w tych wszystkich strumieniach informacji, jest pełne zanurzenie się w zadaniu. Głębokie zaangażowanie w wykonywaną czynność, aż do punktu rozmycia się poczucia „ja”.

Psycholog Mihály Csíkszentmihályi nazwał taki stan stanem przepływu (flow).

O podobnym zjawisku pisze Cal Newport w książce „Praca głęboka”, wskazując przy okazji, że odpowiada ono za poczucie sensu w życiu.

„Po tym ciężkim doświadczeniu [z rakiem], mam już plan na resztę życia (…) Będę żyła w skupieniu, bo jest to najlepsze życie”.

Winifred Gallagher, pisarka, popularyzatorka nauki

W buddyjskiej tradycji Zen mówi się: „cokolwiek robisz, rób to”. W tym prostym przykazaniu zawiera się ponadczasowa mądrość, jeśli chwilę nad nim pomyśleć.

Kiedy coś robisz, powinieneś spalić się całkowicie, jak dobre ognisko, nie pozostawiając po sobie śladu.

Shunryu Suzuki

Korzyści z takiego „spalenia” (nie mylić z wypaleniem) są dość oczywiste: zwiększona produktywność, wykonane więcej zadań, praca lepszej jakości.

Ale są i mniej oczywiste korzyści, które według mnie nawet przeważają nad tymi oczywistymi – bo co z tego, że zadania są wykonane, jeśli w głowie wciąż niepokój i nieprzyjemność? Wykonywanie zadań tylko dlatego, że trzeba, to domena niewolników.

Mam nadzieję, że ostatnie zdanie nie zabrzmiało jak kiepski kawałek motywacyjny z pisemka pełnego uśmiechniętych ludzi w garniturach. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że jakości życia nie należy zestawiać z ilością zrobionych rzeczy. Prędzej z ich jakością, jeśli już.

Ale i to nie w pełni odpowiada na pytanie:

Dlaczego koncentracja jest tak ważna dla jakości życia?

Znajdziemy się bliżej odpowiedzi, gdy przywołamy z pamięci stan pochłonięcia zadaniem. Zespolenia się z nim. Działania w pozytywnie rozumianym transie.

Zaryzykuję twierdzenie, że każdy doświadczył tego przynajmniej raz.

Działania nie po to, żeby coś osiągnąć czy gdzieś dojść. Zamiast dążenia do celu, działanie jest wykonywane dla samego aktu działania. Z celem gdzieś tam z tyłu głowy, jednak nie przysłaniającym wzroku.

Nie ma napięcia, które mówiłoby, że lepiej byłoby być gdzieś indziej i robić coś innego. Nie ma oporu – jest otwarty przepływ.

W takim stanie działanie nie jest udręką, a naturalną, ukierunkowaną ekspresją żywego organizmu, przez który płynie krew, który oddycha, czuje i myśli.

Kiedy myślę o koncentracji, myślę o stanie, w jakim szczerze chcę się znajdować, robiąc rzecz, która tej koncentracji wymaga.

Nie jawi się ona jako coś bolesnego, co jest konieczne, aby być produktywnym, a więc docenianym, szanowanym, ważnym i bla, bla, bla.

Łączenie poczucia własnej wartości z ilością wykonanej pracy to zawsze zły pomysł. Chcę czegoś innego.

Chcę mniej skupiać się na efektach, bo te są zawsze niepewne. Chcę nie czekać na satysfakcję, która może nigdy nie nadejść lub zawieść pokładane w niej nadzieje. Chcę, aby działanie stało się byciem, zamiast w tym byciu przeszkadzać.

Chcę, aby myśli i potrzeby skupione wokół siebie odeszły w zapomnienie przynajmniej na tę godzinę. Bo przecież cały czas jestem „ja”. Ja i moje potrzeby. Ja i moje myśli. Ja i moje emocje.

Odpocząć od tego to ogromna ulga. Zostawić to wszystko, zanurzając się w tym, co jest przede mną.

Wtedy pytanie o sens rozmywa się. Przestaje być potrzebne. Nie ma żadnego miejsca, do którego trzeba by dojść, bo już jestem w domu.

Tego chcę jak najwięcej: dni pełnych dobrej koncentracji, bo to one składają się na dobre życie. I tego na próżno szukałem, kiedy bezwiednie kilkałem po pełnych treści, lecz zupełnie pustych miejscach.

Podziel się wpisem
  •  
  •  
  •  
  •  

Autor

Miazga

Dzielę się wnioskami, jakie płyną z kilkunastu lat świadomej pracy nad upierdliwym i na wskroś neurotycznym materiałem, który nazywamy sobą. Sprawdzam, co działa, a co nie działa w tym tak zwanym rozwoju osobistym. Rozważam o motywacji, emocjach i związkach, łącząc duchową perspektywę Wschodu z naukami Zachodu.

0 0 Oddaj głos
Ocena artykułu
Powiadomienia
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Polub stronę na Facebooku

Archiwum

0
Podziel się komentarzem. Dzięki!x
()
x