Dlaczego mężczyźni przestali płakać

D

Dlaczego mężczyźni przestali płakać? Odpowiedź zdaje się prosta: płakać nie wypada. Jak już koniecznie trzeba, to w samotności, bo jeśli inni zobaczą, będzie wstyd. Zwłaszcza jeśli jesteś mężczyzną. Lepiej nie, bo to cecha kobiet – a i te nie powinny przelewać za dużo łez, bo to sprawia, że są niegodne zaufania. Świadczy o słabości, rozchwianiu i może nawet jakimś wariactwie. Ale tytułowe pytanie zawiera mały trik. Skoro przestali płakać, to czy znaczy to, że kiedyś było inaczej? Że dawniej mężczyźni… płakali?

Jak pokazuje historia i literatura, płacz nie zawsze był postrzegany jako coś niewłaściwego. Nie zawsze się go bano.

Tak naprawdę, to był czymś zupełnie normalnym. Zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn.

Opowieści pełne mazgajów

Lancelota, rycerza okrągłego stołu, do płaczu doprowadziła krótka rozłąka z ukochaną Ginewrą. Popłakał się też na wieść o tym, że nie będzie mógł wziąć udziału w turnieju. Co więcej, łzy wycierał w ramię tejże ukochanej, a ona nie odepchnęła go z niesmakiem, tylko okazała wsparcie i zrozumienie.

Biblijni bohaterowie również nie kryli się z tym, że czasem lubili sobie popłakać. „Wyznania” św. Augustyna są pełne łez. Policzono, że Ignacy Loyola, założyciel zakonu jezuitów, na 40 stronach swojego pamiętnika opisuje 175 płaczliwych epizodów.

W „Iliadzie” Homera szlocha cała grecka armia, płaczą też bogowie – tylko Zeus, oczywiście, musiał być twardszy od całej reszty, więc płakał krwią. Bez pardonu rozkleił się król Troi Priam, rozkleił się i zabijaka Achilles. Bynajmniej nie od nadepnięcia mu na piętę. Płacz był więc atrybutem postaci heroicznych, a nie czymś, co definitywnie kastrowało mężczyzn z heroizmu.

Historycznie łzy były elementem niektórych obrzędów, stanowiły nieodłączną część modłów. Najwięksi twardziele ronili łzy. I to nie gdzieś pokątnie, skryci pod pierzyną własnego wstydu, tylko tak zwyczajnie, wśród ludzi, publicznie. Jeszcze całkiem niedawno płacz nie był niczym dziwnym ani wrogim. Łzy nie były kobiece, niemęskie, czy jakieś. Były po prostu ludzkie.

Kiedy i skąd wzięła się kulturowa zmiana, w efekcie której zaczęliśmy tłumić płacz? Amerykańska pisarka Sandra Newman zgłębiła ten temat i oto, do jakich wniosków doszła.

Twardziele z dużego miasta

Cofnijmy się do czasów, kiedy ludzie mieszkali w małych społecznościach. Wioski często liczyły po 50, 100, 300 osób. W czasach społeczeństw agrarnych członkowie tych małych grup dobrze się znali, często byli w mniejszym lub większym stopniu spokrewnieni. Życie toczyło się powoli i choć pracy mogło być dużo – nie mówiło się o produktywności, deadline’ach czy celach kwartalnych. To wszystko stwarzało więcej przestrzeni do dzielenia się emocjami. Również tymi, które powodują płacz.

XVIII wiek zapoczątkował duże zmiany. Ludzie zaczęli opuszczać wieś i przenosić się do dużych ośrodków miejskich, które tętniły życiem, rozwijały się, rosły. Oferowały nieznane dotąd perspektywy, lecz jednocześnie stawiały człowieka w tłumie nieznajomych twarzy.

Dlaczego mężczyźni przestali płakać

Małe, bezpieczne społeczności, w których wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko, zamieniliśmy na życie pośród zupełnie obcych osób. Przy czym dotyczyło to przede wszystkim mężczyzn. Mimo że kobiety czasem też pracowały w dużych zakładach, to jednak większość przesiadywała w domach. Kobiece wyzwolenie przyszło dopiero w XX wieku, czyli – w skali historii – bardzo niedawno.

Funcjonalność, sprecyzowany kierunek, produktywność – to wartości, jakie zaczęły odgrywać kluczową rolę w nowoczesnych społeczeństwach. Napędzane siłą męskich rąk fabryki musiały pracować pełną parą i nie było w nich miejsca na emocje, które zaczęły być postrzegane jako przeszkadzające. Bo nie da się ukryć, że płacz w pracy za bardzo nie pomaga.

Zakłócenie rytmu pracy, to jedno. Ale są też inne powody, dla których płacz zaczął być niemile widziany.

Krokodyle łzy

O czym doskonale wie większość dzieci, łzy mogą być nie tylko naturalną ekspresją pewnych stanów emocjonalnych, ale też doskonałym narzędziem manipulacji. Kojarzysz dziecko, które płacze w sklepie tak długo, aż rodzic nie kupi mu ciastka, a gdy tylko to się stanie – jak za dotknięciem magicznej różdżki płacz ustaje?

Oczywiście dorośli również potrafią płakać po to, aby coś uzyskać. Bo to faktycznie działa. Niemowlę ma bardzo ograniczony repertuar sposobów informowania o potrzebach, więc gdy czegoś chce, zaczyna płakać. A dla opiekunów jest to jasny sygnał, by się nim niezwłocznie zająć. Wchodząc w dorosłe życie jesteśmy uwarunkowani, że płacz jest po to, by na niego reagować. Doskonale wiemy, że gdy zaczniemy szlochać – inni okażą zainteresowanie.

Pole do nadużyć jest tu spore. A w zakładach pracy chcemy ograniczyć ryzyko bycia wciągniętym w jakąś emocjonalną gierkę.

Kolejna rzecz, to że nawet gdy płacz jest szczery – angażuje innych. Wyobraźmy sobie pracowników z pełnią ekspresji przeżywających swoje życiowe dramaty na przykład w biurze. Tam, gdzie wszyscy próbują się skoncentrować i pracują na wyniki. Jesteśmy empatycznymi stworzeniami, toteż czy nam się podoba, czy nie, cudze stany emocjonalne mają na nas wpływ. W pracy obowiązuje niepisana zasada: masz problem – nie wciągaj w to innych.

Tłumienie łez ma zatem sporo sensu. Nie zakłóca produktywności w zakładach pracy, eliminuje ryzyko manipulacji poprzez płacz, no i oszczędza wszystkim wokół przeżywania Twoich problemów razem z Tobą.

Czyli w sumie wychodzi na to, że to dobrze, że zrezygnowaliśmy z płaczu, prawda? No, nie do końca. Wszystko ma swoją cenę.

Odcięci od emocji

Ludzie cierpiący na zespół Sjögrena fizycznie nie są w stanie się rozpłakać. Jak wykazano, niemożność produkowania łez wpływa u nich na gorszą umiejętność rozpoznawania i nazywania emocji, a co za tym idzie – komunikacji. Jedno z drugim jest ściśle powiązane.

Do tego płacz, oprócz sygnalizowania bezsilności, ma inną istotną funkcję: oczyszcza organizm z nadmiaru chemicznych substancji powiązanych ze stresem. Za pomocą łez pozbywamy się toksyn. Dlatego też w wielu przypadkach płacz pozwala poczuć się lepiej, zapewnia swego rodzaju katharsis.

Jest też nieodłączną częścią żałoby, przeżycia smutku i żalu. Rodzący się głęboko w trzewiach płacz pozwala rozładować napięcie, stanowiąc naturalną ekspresję cierpienia spowodowanego stratą. Gdy płaczu zabraknie, bo zostanie w ten czy inny sposób powstrzymany lub niewyrażony, żałoba może całymi latami wisieć nad człowiekiem jak złe widmo, pchając go od jednego gabinetu terapeutycznego do drugiego.

Nie jest problemem to, że zakazaliśmy sobie dzielić się uczuciami w miejscach pracy i generalnie wśród obcych ludzi. Problemem jest to, że zakaz ten rozszerzyliśmy na pozostałe sfery życia.

Ale płacz sam w sobie to tylko wierzchołek góry lodowej. Nauczeni, że nie wolno płakać, nauczyliśmy się również, że nie wolno prosić o pomoc. Bo jedno z drugim silnie się łączy. Wybieramy życie w depresji zamiast rozmowy z kimś zaufanym.

„Chłopaki nie płaczą” zostało w nas tak silnie wdrukowane, że mało kto w ogóle wpada na pomysł, że można inaczej. Trudno się dziwić, skoro kamienna twarz i zasadniczo brak jakiejkolwiek emocjonalności uznawane są za dowód męskości. Tymczasem mężczyźni statystycznie popełniają samobójstwo kilka razy częściej niż kobiety: w Polsce na 6,7 męskich śmierci samobójczych przypada 1 kobieca.

Podziel się wpisem
  •  
  •  
  •  
  •  

Autor

Miazga

Dzielę się wnioskami, jakie płyną z kilkunastu lat świadomej pracy nad upierdliwym i na wskroś neurotycznym materiałem, który nazywamy sobą. Sprawdzam, co działa, a co nie działa w tym tak zwanym rozwoju osobistym. Rozważam o motywacji, emocjach i związkach, łącząc duchową perspektywę Wschodu z naukami Zachodu.

5 2 głosy
Ocena artykułu
Powiadomienia
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Polub stronę na Facebooku

Archiwum

0
Podziel się komentarzem. Dzięki!x
()
x