Chce twojej zmiany dlatego, że bierze to osobiście

C

Powierzchowne potrzeby rzadko są tym, o co naprawdę chodzi. Kłótnie w relacji i pełne goryczy rozstania w wielu przypadkach mają swe źródło w niedostatecznej komunikacji. Kiedy ktoś mówi ci „zmień się”, raczej nie ma na myśli tego, że masz nagle przestać być sobą. Pragnie czegoś innego: zmiany Twojego stosunku do niej czy do niego, co ma się wyrazić poprzez powierzchowną zmianę zachowania. Poplątane? Już mówię, w czym rzecz.

Otóż kiedy on czy ona mówi „rzuć palenie”, to owszem, może to być neuroza tej osoby. On czy ona może być po prostu jak taki upierdliwy wampir, który jak się człowieka uczepi, będzie mu suszyć głowę tak długo, aż w końcu ten człowiek faktycznie się zmieni. A potem cię porzuci, bo dopiął swego i dalej już nie jest zainteresowany.

Ale zakładamy, że relacja nie jest toksyczna, a druga osoba nie jest wampirem i Ty też nie jesteś.

Zakładamy, że osoba tak z miłości, z uczuciem do ciebie: rzuć palenie. Nawet, jeśli ta miłość i uczucie ma upierdliwy ton, a pod spodem frustrację i zniecierpliwienie. Załóżmy, że to taka miłość w brzydkim przebraniu.

Czy wtedy chodzi o to, żebyś zmienił(a) siebie? Żebyś porzucił(a) cząstkę swojej wypielęgnowanej i od lat trenowanej osobowości?

Czy naprawdę chodzi o rzucenie palenia?

Z jednej strony tak, bo inaczej po co byłoby całe to gadanie. Zmiana zachowania jest pożądana. A patrząc z innej strony, rzecz wcale nie rozbija się o rzucenie palenia.

Zmiana zachowania jest tylko pewnym symbolem, a nie celem samym w sobie.

Z pozoru wydaje się, że kiedy osoba mówi: rzuć palenie, albo generalnie: zmień coś w swoim zachowaniu bo przecież nie wytrzymię, to próbuje narzucić ci swoją wolę. Zapleść wokół ciebie swoje macki i przydusić, bo przecież tak robią osoby, które cię kochają.

Otóż może się okazać, że takie naleganie na zmianę wcale nie jest tym, czym się pozornie wydaje, czyli elementem głupiej gierki o dominację i o to, kto będzie nosił spodnie w związku.

To taki cyniczny pogląd, że to na władzy i dominacji ludziom zależy najbardziej; że władza jest wszystkim, co tak naprawdę ich interesuje, toteż swoje małpie dążenia do władzy będą realizować również – a może przede wszystkim – w związku z osobą, którą twierdzą, że kochają.

Dobra. Tak się rzeczywiście czasem zdarza i zdarzają się ludzie, u których jest to pewna generalna tendencja.

Socjo- i psychopaci są wśród nas

Na takich ludzi trzeba uważać, kiedy bowiem mówią „zmień się”, prawdopodobnie robią to nie z miłości, nie z czystej intencji, a raczej dla sportu. Lubią manipulować i czuć, że mają kontrolę. To osobowość władcy marionetek, który najchętniej wchodzi w układ z osobami, dającymi łatwo pociągać za swoje sznurki.

W takim przypadku prośba o zmianę zachowania, jaką słyszysz, nie jest prośbą, a raczej żądaniem, nakazem podporządkowania się, który musi zostać wypełniony pod groźbą zakończenia relacji.

Niektórzy mogą być doświadczeni przez tego typu osoby i tego typu relacje. Byli w relacyjnym piekle, byli na martwym terenie, mieli do czynienia z narcyzem albo z psychopatką, słowem: doświadczyli miłości toksycznej. Wiedzą, z czym to się je. Znają objawy i niczym czujne zwierzę potrafią z daleka wywąchać sygnały ostrzegawcze.

Dlatego nie dadzą się złapać na „musisz rzucić palenie”, na żadne „musisz” się nie złapią, na żadne „zmień się”. Zbyt dużo kosztowało ich odzyskanie niezależności emocjonalnej i prawa do stanowienia o sobie. O swoich decyzjach, przyzwyczajeniach, manierach i nałogach.

Toteż kiedy trafiają w końcu na osobę kochającą – normalną, by tak rzec – której jednak to czy owo w nich przeszkadza i chciałaby pewnych zmian, widzą w niej znajomy obraz potwora. Widzą to, z czym w przeszłości już się zetknęli: próbę zawładnięcia sobą, próbę manipulacji, dominacji, władzy i w końcu powolnego zamachu na tożsamość.

Pierwszą reakcją jest więc „nie”. Nie i koniec. Zapomnij, maleńka. Nawet nie próbuj, kochany.

I to przykre, że nie ma żadnej rozmowy, że możliwość dialogu jest zupełnie wykluczona, bo tym razem nie potwór przed nimi stoi, a człowiek z sercem na tacy; człowiek, który ma swoje potrzeby i właśnie próbuje je komunikować.

Tak, potrzeby, bowiem za każdym „zmień się” stoi jakaś osobista potrzeba – i często o wiele głębsza, niż się z pozoru wydaje. Bo, jak już uzgodniliśmy, na pierwszy rzut oka chodzi o władzę, dominację i wszystkie te mroczne rzeczy, których się boimy i których nie chcemy.

Kiedy chodzi o coś więcej, niż się wydaje

Człowiek jest jednak nieco bardziej złożony i kieruje nim więcej sił, niż tylko małpi pęd ku władzy.

Te potrzeby to na przykład:

  • bycie kochanym/kochaną,
  • bezpieczeństwo,
  • zaufanie,
  • estetyka (tudzież potrzeba piękna),
  • akceptacja, na różnych poziomach, w tym na poziomie seksualnym.

Kiedy więc człowiek nalega na jakąś zmianę w Tobie, to przeważnie nie chodzi mu o Ciebie, a raczej o siebie. O swoje uczucia związane z tym, co robisz. O to, jak to, co robisz, wpływa na waszą relację.

Czy to, co robisz, ułatwia kochanie Ciebie przez drugą osobę, czy raczej utrudnia?

Czy tworzy poczucie bezpieczeństwa, czy raczej niepokoju?

Raczej samotność czy poczucie przynależności?

Czy jeśli coś w sobie zmienisz, to drugiej osobie łatwiej będzie ci zaufać?

Czy brak zmiany po Twojej stronie powoduje, że osoba staje się mniej pewna siebie (np. seksualnie)?

Uparcie chcemy wierzyć, że moje zachowania są tylko i wyłącznie moją sprawą i nikomu nic do tego, a jeśli ktoś próbuje to zmieniać, to niech się pocałuje. Ale trzeba zwrócić uwagę, że zachowania są niczym innym, jak formą komunikacji. Robiąc coś lub czegoś nie robiąc zawsze wysyłamy w świat komunikat: o sobie, o innych, o naszej relacji ze światem i z drugim człowiekiem.

No i ten komunikat, który druga osoba otrzymuje, może ją tak po ludzku boleć.

Nie najbardziej boli mnie to, że palisz, bo rozumiem, że rzucanie nie jest łatwe. Tak naprawdę boli mnie to, że ignorujesz moje uczucia, które twoje jaranie szlugów we mnie wywołuje (ja naprawdę potrzebuje, żeby druga osoba dobrze pachniała).

Nie najbardziej boli mnie to, że tak rzadko gotujesz, bo wiem, że nie zawsze musi ci się chcieć. Boli mnie, że mało cię obchodzi, ile radości dają mi twoje obiady (może to głupie, ale czuję się kochany, kiedy na stół wjeżdża piękny kotlet twojej roboty).

Nie najbardziej bolą mnie samotne wieczory, bo wiem, że dużo pracujesz. Prawdziwie bolesne jest to, że kiedy już jesteśmy razem, twoje myśli i tak krążą wokół innych rzeczy, da się to wyczuć (więc samotność odczuwam tak naprawdę nie tylko wtedy, kiedy cię nie ma; jeszcze gorsza jest ta samotność, kiedy jesteś obok).

To, że te emocje nie zostają rozpoznane, jest problemem natury komunikacyjnej

Odpowiedzialność zapewne jest po obu stronach. Zawsze ktoś może lepiej słuchać, a ktoś może lepiej mówić, czego tak naprawdę potrzebuje i jak się z tym czy tamtym czuje. Im lepsi w sztuce dialogu, tym więcej rzeczy można nazwać i się z nimi zmierzyć.

Wtedy też tworzy się inne pole do podjęcia decyzji, czy faktycznie chcę coś w sobie zmienić, czy nie.

Bo już nie widzę tylko tej upierdliwości, tego nagabywania i próby zdominowania mnie. Widzę cierpienie, które jest w tym drugim człowieku i które być może mogę pomóc mu złagodzić.

Czasem nastąpi to przez zmianę mojego zachowania.

Innym razem – przez radosne kontynuowanie mojego zachowania, by dać tej osobie szansę oswoić się z nim i przestać odczuwać je jako cierpienie.

Podziel się wpisem
  •  
  •  
  •  
  •  

Autor

Miazga

Dzielę się wnioskami, jakie płyną z kilkunastu lat świadomej pracy nad upierdliwym i na wskroś neurotycznym materiałem, który nazywamy sobą. Sprawdzam, co działa, a co nie działa w tym tak zwanym rozwoju osobistym. Rozważam o motywacji, emocjach i związkach, łącząc duchową perspektywę Wschodu z naukami Zachodu.

5 1 Oddaj głos
Ocena artykułu
Powiadomienia
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Polub stronę na Facebooku

Archiwum

0
Podziel się komentarzem. Dzięki!x
()
x